Kanał Rss
Content
„Ludzie starzeją się, bo przestają się bawić” – recenzja filmu „Berek” 
28 lipca 2018

e9c9b42cfdd163bea726„Dzieckiem nie przestawało się być w jednej chwili przy wtórze huku, jak gdyby pękł balon. Dzieciństwo wyciekało z ciebie jak powietrze z dziurawej opony” – pisał S. King w bestsellerowej powieści „To”. Dla bohaterów filmu „Berek” to właśnie gra z dzieciństwa była wentylem bezpieczeństwa. Sprawiła, że ich dziecięca fantazja nie odeszła wraz z nadejściem dorosłości. Tak zwariowanego pomysłu na scenariusz nie było od czasów Kac Vegas. 
Kiedy dziecko zasypia, to rodzic przy świetle nocnej lampki kończy układanie zamku z klocków. „Ludzie nie dlatego przestają się bawić, że się starzeją, lecz starzeją się, bo przestają się bawić” – pisał Mark Twain. Tym tropem postanowili pójść twórcy opartego na faktach filmu „Berek”.

Jest maj — miesiąc berka. Od trzydziestu lat pięciu dorosłych, odpowiedzialnych mężczyzn na śmierć i życie walczy, by nie pozostać berkiem, gdy upłynie ostatni dzień miesiąca. Przebierają się, robią zasadzki i knują intrygi. Jeden z nich jest najlepszy — jeszcze nigdy nie był berkiem. Teraz bierze ślub, a pozostała czwórka postanawia zawiązać sojusz. Przepis był prosty, sprawdzony i nie bez powodu przywodzi na myśl blockbusterowe Kac Vegas. Grupa przyjaciół i zwariowane pomysły, na które decydują się bez mrugnięcia okiem. Tyle że takich produkcji było już wiele, a twórcy łatwo mogli wpaść w pułapkę tendencyjności i przewidywalności. Tak się jednak nie stało.

Na oryginalność tej produkcji składa się wiele czynników. Po pierwsze, zabawa konwencją: twórcy nie idą na łatwiznę. Doskonale zaplanowanymi ujęciami nadają dynamiki akcji i przywołują skojarzenia do innych filmów. Gdy bohater ucieka, kamera zamontowana na jego torsie zwrócona jest w stronę jego spuchniętej z wysiłku twarzy. Dialogi wyjaśniające kontekst fabuły nakręcone są jak telewizyjne „setki” ze znanych z programów reality show. Na deser zaś twórcy serwują nam slow montion z monologiem w tle, nawiązując do słynnych scen z Sherlocka Holmesa w reżyserii Guya Ritchiego.

Komediowość oparta jest na dwóch filarach: na dynamicznym slapsticku oraz znanym z amerykańskich produkcji żarcie słownym. Twórcy nie unikają kontrowersyjnych, obrazoburczych tematów, ale wiedzą też, gdzie postawić granicę.

Gra aktorska wypada też zaskakująco dobrze. Bohaterowie są krwiści, mają swoje unikalne cechy wyglądu i charakteru. Na uwagę zasługuje szczególnie duet kobiecy: Annabelle Wallis i Isla Fisher. Wybór tej drugiej do roli Anny Malloy był niezwykle udany. Fisher, po zagraniu mdłej do bólu agentki FBI w Iluzji (Now You See Me) wreszcie dostała materiał do rozwinięcia skrzydeł.

Ciepła puenta w zakończeniu nie jest zbyt ckliwa i romantyczna, a całość dopełniają autentyczne nagrania z gry w berka. Pozostawiają one widza z uczuciem niedowierzania, jak niewiele zwariowanych motywów było kalką faktycznych wydarzeń.  

Z pewnością nie zobaczymy „Berka” ani w Cannes, ani na rozdaniu Oscarów, ale wybranie się na ten film to wciąż doskonały pomysł na spędzenie ciepłego lipcowego popołudnia. 


Zrecenzował: Kamil Kuchta 

 

Reklama
Newsletter
Chcesz być na bieżąco?

E-prenumeratę wysyłamy z: